Australian Open – finał Panów.
30 stycznia 2011, 14:06:10
Novak Djokovic – Andy Murray 6-4 6-2 6-3
Przed spotkaniem głosy były podzielone. Mimo, że Djokovic w półfinale we wspaniałym stylu pokonał Federera to jego przeciwnicy od razu doszukiwali się w tym sukcesie słabej formy Szwajcara. Na korzyść Murray'a miała wpłynąć też pogoda. Wiadomo, że Serb już kilkakrotnie pod koniec dwutygodniowych turniejów miewał problemy związane z kondycją i zdrowiem. Z drugiej strony Brytyjczykowi zarzuca się tzw. „problemy z psychiką”. Przez całą imprezę potrafi grać bardzo dobrze, ale gdy dochodzi do decydujących spotkań to po prostu się spala. Tak było w finałach w 2008 roku na US Open i przed rokiem w Melbourne. W obu tych spotkaniach katem Murray'a okazał się Roger Federer.
Pierwszy set, a zwłaszcza drugi gem, który trwał ok. 15 minut zwiastował wielki finał. Od początku agresywniejszy był Djokovic. Grał to co w półfinale, był pobudzony, atakował, dużo biegał i bardzo dobrze serwował. Swoje gemy wygrywał pewnie nie dając w tej partii gry żadnej okazji do przełamania. Pomimo obaw o kondycję Serba to jednak Brytyjczyk wyglądał gorzej pod tym względem. Nie trafiał pierwszym serwisem, był pasywny i psuł łatwe piłki, a zwłaszcza smecze. Przełamanie przyszło w najgorszym dla niego momencie, bo przy *4-5. W tym gemie mieliśmy wspaniałą, najdłuższą wymianę meczu – 38 uderzeń. Zwycięsko wyszedł z niej Serb otwierając sobie drogę do dwóch set pointów. Okazję na seta wykorzystał od razu.
Drugi set to już popis wspaniałej gry Djokovica. Świetny serw, ataki, return, gra w defensywie... wszystko to funkcjonowało rewelacyjnie. Murray mógł się tylko przyglądać i podziwiać rywala zza siatki. 1-0*, *2-0, 3-0*, *4-0, 5-0*... tak wyglądał przebieg tego seta. Skończyło się na 6-2, ale tylko ze względu na rozluźnienie Serba.
Trzeci set był najsłabszy. Zaczęło się od breaka dla Murray'a, który mógł zwiastować poprawę gry i kolejne sety. Mógł, ale nie musiał. Szybki rebreak ostudził apetyty kibiców brytyjskich. W tej części gry obaj łamali się dosyć często i popełniali dużo błędów. Mimo to przewaga Novaka cały czas była widoczna i została udokumentowana po godzinie i trzydziestu dziewięciu minutach gry.
Całkowicie zasłużone zwycięstwo Djokovica. Jego gra zwłaszcza w drugim secie była fantastyczna, dobra selekcja uderzeń, nie podpalał się, świetnie returnował, po raz kolejny bardzo dobrze funkcjonował serwis, no i jeszcze trzy wspaniałe, defensywne loby, które cofały rywala spod siatki za linię końcową... wszystko to o czym już pisałem. Widać, że od początku spotkania był nastawiony na zwycięstwo. Inaczej to wyglądało po drugiej stronie siatki. Murray był jakiś ospały, nie miał pomysłu na grę, dużo psuł...
Ostatnia piłka meczu była symboliczna. Kończyła zarówno wspaniały turniej z wieloma nieprzespanymi nocami oraz ferie, która właśnie dobiegły końca
.
.
. Jednak w myśl słów piosenki Anny Jantar „Nic nie może przecież wiecznie trwać. Co zesłał los trzeba będzie stracić” dobra seria Petry nie mogła trwać zbyt długo. Z *0-3 na *4-3, a z *4-3 na 4-6? Dokładnie tak, amazing thing happen.